Ale to tylko podobno, bo takie dni jak ten, uświadamiają mi jak jest naprawdę - uwierzcie mi wystarczy jeden człowiek, do tego siedmioletni, który potrafi popsuć humor o siódmej rano jak nikt inny. Wróciłam w końcu do domu, żeby odpocząć, żeby oderwać się od miasta, którego tak bardzo, ale to bardzo nie lubię. Jednak kogo to by obchodziło, lepiej zachowywać się gorzej niż kiedykolwiek i odstawiać scenki, bo tak ktoś go w końcu nauczył.
Ja po prostu po dziesięciu minutach miałam dość i kiedy tylko wszyscy wybyli z domu marzyłam jedynie o śnie, żeby spłynął na mnie i dał ukojenie. No, ale cóż, powróciły sny i wspomnienia. :(
Zawsze tak jest, że gdy coś się nie układa w moim życiu, jeżeli się wszystko wali, to wraca przeszłość. I to nie prawda, że nie jestem pamiętliwa. Bo jestem naprawdę pamiętliwa, pamiętam każdy gest, każde słowo, każdy ruch. Może nie mam długotrwałej pamięci do nauk jakie były w szkole przez te 12 lat ( pomimo że miałam dobre oceny i dobrze się uczyłam, no ale wiadomo po czasie to wypierałam ), tak do wspomnień i wydarzeń z przed lat mam mega dobrą pamięć i po prostu nie umiem się ich pozbyć.
Teraz niby tylko dwie godziny snu, ale też przyniosły wspomnienia, tylko te bliższe, bo z przed paru miesięcy. I ja się pytam, po co to wszystko było? Po co to wszystko się wydarzyło? Jaki był cel tych zdarzeń następujących po sobie?
Czy w ogóle jest ktoś w stanie na nie odpowiedzieć? Bo sorry bardzo, ale ja
nie...
Nie rozumiem, dlaczego pewnego dnia nie wyszłam z
dziewczynami z tego prosektorium, tylko zostałam, aby pouczyć się jeszcze przed
zaliczeniem z anatomii. Miałam jeszcze półtorej tygodnia do nauki, a
postanowiłam jednak zostać, pomimo że wszystko miałam powtórzone. No i poznałam
nowych kolegów, spędziłam miło czas i dodatkowo czegoś się douczyłam.
Potem jeszcze parę razy ich tam spotkałam i złapaliśmy nawet dobry kontakt, więc postanowiłam zagadać do pana M. Znalazłam dobry temat i posłuchałam namowy koleżanki oraz jej ciągłego mówienia mi, żebym w
końcu napisała, żebym w końcu z nim porozmawiała.
Było miło, sympatycznie. Długie rozmowy po nocach, wspólne
pasje i zainteresowania. Każdy z moich znajomych jak na mnie patrzył,
stwierdzał, że się zakochałam, że fajnie, że mam chłopaka. Jednak nikt nie
słucham tego, co im bez przerwy powtarzałam, bo nie miałam chłopaka i nie byłam
zakochana. Po prostu jestem optymistką i patrzę na świat czasami przez różowe
okulary. Nie zamartwiam się błahostkami, a wtedy ich nie było. Za to cieszyłam
się, że mam nowego kolegę, z którym mogę rozmawiać i dzielić się różnymi
rzeczami.
Lecz dzisiaj spostrzegam to inaczej, bo po świętach wszystko
się posypało, jakby to wszystko nigdy nie miało miejsca, jakby nie było
niczego. Nawet się nie przywitał, już nawet nie wspominając o rozmowie. A teraz
po czasie, może zamienił ze mną trzy ewentualnie cztery zdania, ale jak ma w
swoim pobliżu swojego przyjaciela to milknie. Nie wiem co ja zrobiłam? Choć tak
naprawdę nic nie zrobiłam, ale teraz to chyba zaczynam tego wszystkiego powoli
żałować.
Bo w końcu po co były te długie rozmowy po nocach, po co
pomogłam im zrobić koszulki i grafikę komputerową dla nich i ich prowadzącego anatomię? Po co on w ogóle
przyszedł do mojego mieszkania? Co, żeby posiedzieć, pośmiać się, pogadać i
popatrzeć jak sprawia mi radość robienie grafiki w GIMPie?
Po prostu ja chyba za wiele razy zostałam skrzywdzona, chyba
za wiele przeszłam w życiu, aby kolejną rzecz brać na swoje ramiona. Po prostu
ja nie mam sił, aby patrzeć jak kolejna osoba, dostała to co chciała, jak jej
pomogłam i odchodzi... a ja zostaje sama ze wspomnieniami...