W ostatnim czasie w swoim otoczeniu, po zmianie miejsca zamieszkania, coraz rzadziej spotykam pomocnych, dobrych i życzliwych ludzi. Zauważyłam, że im większe miasto, tym ludzie są bardziej obojętni na to co się dookoła nich dzieje, czy to coś dobrego, czy też złego lub przykrego. Nie mam oczywiście tutaj na myśli wszystkich, bo w końcu są wyjątki od moich obserwacji. Poza tym, jeżeli wszyscy byliby tacy sami, to byłoby nudno.
Jednak, nie oszukujmy się, nastały czasy, kiedy wiadomo jak
jest: każdy próbuje złapać choć chwile czasu, biegnie za czymś co jest
nieosiągalne, stawia własne pragnienia i zachcianki na pierwszym miejscu, a nie
zauważa tego co jest najbliżej, tego co jest tak ważne: uczucia i bliscy sercu.
Trochę to przykre, ale prawdziwe. Jednak ja kocham wracać do
domu, do rodziny, do tych miejsc znajomych. Niby małe miasto, gdzie kiedyś
wszyscy się znali, a teraz trudno wszystkich zapamiętać. Tak wiele cudownych
chwil i historii wiąże się z moim rodzinnym miastem – może kiedyś uda mi się co
nieco o tym opowiedzieć :)
Teraz też na weekend wróciłam do domu, musiałam się od tego
wszystkiego oderwać, odetchnąć i wrócić do formy po chorobie, niby to tylko
grypa, ale tak mnie rozłożyła, że nie byłam w stanie funkcjonować normalnie. Ale
nie martwcie się, wszystko już wróciło do normy, a wczoraj nawet już z pełnią
sił poszłam do Kościoła. Nie przewidziałam tylko, że po tylu latach historia
może się powtórzyć.
Przyzwyczajenie jakieś już jest, więc nawet mały objaw to
alarm, żeby wyjść na dwór. Udało mi się po drodze na zewnątrz zamknąć dwie pary
drzwi, a trzeciej już nie. Co prawda znalazłam się na dworze, ale drzwi jednak
znikły z pola widzenia, a klamki to już nie poczułam, bo nogi się pode mną ugięły.
Poczułam jedynie jak drzwi się otwierają na rozcież i ktoś mnie przytrzymał.
Moja świadomość nie całkiem się wyłączyła, bo po chwili już
czułam jak siedzę, więc przebłyski jednak są, co tak naprawdę działo się po
kolei. I muszę powiedzieć, że to naprawdę bardzo miłe, że znalazł się ktoś, kto
interesuje się losem drugiego człowieka. Rodzina z dwójką dzieci okazała się
być wspaniałymi ludźmi, którzy potem jeszcze długo sprawdzali, czy wszystko ze
mną w porządku.
Pewnie nie zobaczą tego bloga, ale jestem im bardzo
wdzięczna i w głębi serca wciąż dziękuje, że byli w pobliżu i mi pomogli. Mam
nadzieje, że na świecie jest więcej takich ludzi i że każdy z nas będzie brał z
nich przykład. W końcu drugi człowiek jest najważniejszy, a nie jakieś rzeczy
materialne, czy też pieniądze, za którymi teraz tak wiele osób goni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz